Uciekając z social media

Tyle mówi się o Internecie, o social media. Jakie to one są złe, wszyscy teraz tylko w telefonach siedzą. Kciuki wam, cholera, urosną i tylko będziecie tak klikać. W dzisiejszych czasach mamy dostęp do wszystkich informacji, z całego świata. I to w ułamku sekundy. A może to informacja, ma dostęp do nas?

Tu like, tam jakiś follow, share czy inna reakcja na kolejne zdjęcie szczeniaczków czy mema. Klik, klik, klik. W autobusie, tramwaju, pociągu. Niektórzy uprawiają już zaawansowany multitasking i robią to za kierownicą (nie róbcie tego!). Warto się czasem wyciszyć i odłączyć od sieci.

 

Jak jaskiniowcy

Nie możemy jednak odciąć się już tak zupełnie. Kiedyś bardzo łatwo było przeżyć bez gazet – bo zastąpiły je radia. Potem przyszło TV, więc pozostałe media straciły część odbiorców. Poranne kreskówki, wieczorne wiadomości i jakieś seriale pomiędzy. W końcu jednak przyszedł Internet, a dla niego nie ma jeszcze żadnej alternatywy. Z resztą – jak miałaby wyglądać? Mówimy w końcu o sieci, która pozwala na dostęp do każdego miejsca na ziemi – informacji, wideo, zdjęć, osób.

Memy na bok, to bardzo przydatne narzędzie. Fake news jesteśmy w stanie sprawdzić w przeciągu kilkunastu sekund. Drugie tyle poświęcamy na rozsianie informacji po całym świecie i już sypią fot. specphotops/Unsplashsię lajki, wirusowo rozsiewając nasz impuls dalej.

Odrzucając Internet, który jeszcze 60 lat temu uznany byłby za supermoc, skazujemy się na intelektualny masochizm. Takie biczowanie w imię niejasnych zasad nie ma żadnego sensu. To tak jakby londyńczycy przestali jeździć metrem, bo po co, są inne środki transportu, może niekoniecznie lepsze – no ale jakoś tak… nie są przekonani. Albo lubią ten klimat. Takie bzdury można wymyślić na prędce.

Nie bądźmy więc jaskiniowcami, zanurzmy się w sieć. Poznajmy ją, dowiedzmy się, jak działa. Znajdźmy w niej swoją przestrzeń, nakreślmy jasne zasady, według których w niej się poruszamy. Stwórzmy w niej własne środowisko. Niech to nie będzie obce medium. Niech to będzie nasz Internet.

 

Zapanować nad chaosem

Krąży wiele nazw tego samego zjawiska. Mi najbliższe jest information overflow. Z każdej strony zarzucają nas informacjami. Kojarzycie Times Square? Postawcie na środku, w samym centrum tego tłumu przechodniów, żółtych takstówek i neonów jednego turystę. Nieznającego angielskiego, z niewielkiej miejscowości, liczącej może… 10 tys. mieszkańców. Nie ubliżając ludziom z zadupia, łączę się z wami w bólu – sam pochodzę z małego miasta – jednak wrzuceni w takie miejsce, zapewne byśmy wszyscy zwariowali. Dlaczego więc pozwalamy sobie na podobny chaos w social media?

Nasze newsfeedy pełne są zespołów, których nigdy nie zobaczymy na żywo, bo koncertują tylko po Stanach, czy Kambodży. Te wszystkie strony z memami, już od dawna nie wrzucają nic ciekawego, ale przyzwalamy na to, by zaśmiecały nam ekran. A co ze znajomą, której nie widzieliśmy od 13 lat? Ostatnio się zaręczyła, a zdjęcia z jej wycieczki na Filipiny pojawiają się regularnie. Po co? Zacznijmy dbać o to, by oglądać to, czego chcemy. Bo inaczej to Internet zdecyduje za nas.

W przypadku facebooka jest to wszystko ściśle kontrolowane. Nikt nie sprawdzi, czy ten śmieszny post wywołał u was “lol” czy głośne wypuszczenie powietrza nosem, ale na pewno odpowiednie algorytmy widzą to, jak długo patrzycie na posty, czy je klikacie, jak klikacie i jak często. Jeśli robicie to rzadziej, posty wyświetlają się rzadziej. To proste. Ale w takim razie po co w ogóle lajkować to, co pomijamy?

 

Porządki na socialach

Nie musimy zaraz wyrzucać 80% naszych znajomych bo nie utrzymujemy z nimi kontaktu. To zbyt drastyczne. Wystarczy ich odobserwować. Tak jak i wszystkie te strony, które może nas kiedyś interesowały, jednak okazuje się, że teraz wcale do nas nie trafiają. W końcu zaledwie kilkanaście z nich trafi na nasz newsfeed. A wiele informacji, gdy w końcu się przebije, jest już nieaktualna, więc je omijamy – więc pokazują się jeszcze rzadziej.

Dlatego pora wypieprzyć ten fanpage z niszowymi, niezbyt zrozumiałymi memami, które prawie nikogo już nie śmieszą.

Nagle się okaże, że nasze życie jest jakieś takie… przyjemniejsze. Nie potrzebujemy przecież kilku komunikatorów na raz, w końcu wciąż mamy adres mailowy, na które mogą pisać osoby, z którymi rozmawiamy rzadziej. No i mogą też zadzwonić, ludzie wciąż to robią. Nasze społecznościówki pokazują nam nie to, czego chcą firmy, ale to, czego chcemy my. Wtedy materiały sponsorowane także będą bardziej dopracowane – w końcu pokazujemy dokładnie czego chcemy.

Niektórzy boją się też wykluczenia – nie będąc w pewnych kręgach społecznościowych, stracą wiarygodność w grupie. Ale czy warto zabiegać o grupę, która kategoryzuje nas w zależności od naszej obecności na social media? Zachowajmy swoją indywidualną tożsamość, nie szukajmy potwierdzenia naszych wartości w ten sposób. No, ale to już temat na inny artykuł.

Podsumowując, zamiast marudzić, że Internet istnieje (a jest już z nami od kilkudziesięciu lat), nauczmy się z niego korzystać. Może gdy dotrzemy do informacji, które nas interesują – okaże się, że nie jest taki zły?