kawka-wywiad-3

Z Białorusi do Polski

Bohaterem dzisiejszego artykułu jest Pan W. To człowiek, który lubi wspominać dawne czasy, lecz niechętnie zgodziłby się na ich publikację, gdyby nie pozostał anonimowy. Jak twierdzi – chwalić się nie lubi, ale opowiadać – to co innego. Dziś poznamy historię, która rozpoczęła się na Białorusi, we wsi Łojki.

Z początku, nerwowo bębni w stół. Stara się przypomnieć sobie więcej szczegółów, niż to, co zwykle opowiada wnukom przy herbacie. Później śmieje się, że właściwie nie wie od czego zacząć. Odpowiedź była prosta – od początku. Od wsi, w której się urodził.

Jak wyglądały Łojki?

To przepiękna wioska, która ciągnie się od wioski Kiełbaski do Wasarabów, co najmniej cztery kilometry. Mieliśmy tam mnóstwo zieleni. To były przepiękne tereny. Mieliśmy taki zwyczaj – nie wycinało się drzew ani krzewów, które rosły we wsi. Wokół było ich wiele, w tym owocowych. Wielu gospodarzy w okolicy miało też własne sady – w większości jabłonie i wiśnie.

A ilu we wsi było tych gospodarzy? Ile rodzin tam żyło?

Jak mnie pamięć nie myli, było około 75 domów. Średnio mieszkali po cztery osoby. Z tym, że były też rodziny większe – po 8-10 osób. A były też osoby, które mieszkały same.

A dużo było rodzin wielodzietnych?

Tak, dlatego nasza wioska była bardzo wesoła. Było bardzo dużo młodzieży, mało kto ze wsi uciekał. Szkoła była 10-letnia, niewielu wyjeżdżało na studia, wiele osób zostawało na miejscu, pomagając na gospodarstwie. Dlatego też w naszej wiosce organizowano często huczne zabawy. Przychodziła też młodzież z okolicznych wiosek – głównie dlatego, że u nas było bardzo dużo ładnych dziewczyn. Pamiętam jeszcze, jak pięknie śpiewały.

Jak wyglądały te zabawy?
Przeważnie był jeden, może dwóch muzykantów. Zawsze grał akordeon. Czasem zdażały się duże zabawy, gdzie grały zespoły – były skrzypce, perkusja. Tylko trąbki brakowało.

A skąd pochodzili Ci muzycy?
Przyjeżdżali z innych wiosek. U nas nikt się jakoś muzyką nie zajmował. Dlatego wynajmowano osoby z innych wiosek. Jeden tylko akordeonista był, ale wyjechał później do Polski. Najczęściej przyjeżdżali z Wasilewicz, Kapłanowiec, z Balenięt. Dlatego zawsze u nas wesoło było. Często też były bójki. Czasem nawet na noże. Często zastanawialiśmy się – dlaczego tak się dzieje? Przecież to sami Polacy byli. Dlaczego tak się wzajemnie nienawidzili? Jak przyszło 10-ciu z Kiełbasek to już było wiadomo, że będzie bójka bo podbierali nam dziewczyny. Były też wioski, gdzie młodzież była szczególnie zadziorna. Do dziś nie wiem dlaczego. Na przykład Szadzińcy, Wasilewicze. Chłopaki z tych wiosek szczególnie lubili bójki.

A poza dziewczynami, o co walczyli?
O nic właśnie! Jak przychodzili na zabawę, prawdopodobnie zawsze byli podpici, tu na miejscu zdobyli samogonkę, wypili – a wiadomo, jak wypity młody człowiek…

A jak poza zabawami spędzaliście czas?

Poza zabawami – głównie szkoła. Graliśmy też w piłkę, palanta. Bawiliśmy się w chowanego. A gdy podrośliśmy, chodziliśmy też do innych wiosek na zabawy.

Więc w gruncie rzeczy, pomimo tych konfliktów – pomagaliście sobie? Tak wioska dla wioski?

Zawsze. Jeżeli była potrzeba, ktoś się zgłosił, że potrzeba w polu pomocy – zawsze pomagaliśmy. Albo gdy były takie przykre momenty jak burze to wszyscy przybiegali, by pomóc. Poza tym, staraliśmy się przyjaźnić. Poza zabawami nie było żadnej agresji między nami.

Wróćmy do szkoły. Jak ona wyglądała? Czy tylko młodzież z waszej wioski do niej uczęszczała?

W naszej 10-latce była też młodzież z innych wiosek. Kiełbaski, Sambory, Szadzińcy, Biereżany, Szembielowce, Bala Kościelna… Z tych 6 wiosek młodzież już od 5 klasy chodziła do Łojek. W Szembielowcach na przykład szkoła była tylko 4 klasowa, w Bali tak samo. Do nas chodzili, aż do matury. Nasza szkoła przyjmowała sporo młodzieży. To był duży budynek, wybudowany na potrzeby administracji.

A jak wyglądały zajęcia?

Chodziłem do szkoły i tam, i w Polsce – nie było większej różnicy. Chodziliśmy przeważnie na godzinę 8-9 rano. Była tylko jedna, nasza klasa. Wszyscy mieścili się w tej jednej godzinie. Dyrektor mieszkał na miejscu. Nauczycieli mieliśmy pod dostatkiem. Większość z nich to byli ludzie młodzi, których po studiach rozsyłano po wioskach, by kształcili młodzież. Polskiego języka nie było. Był za to francuski, rosyjski, białoruski. Rosyjski był obowiązkowy, białoruski też. Poza tym historia, geografia.

Polskiego uczyliśmy się w domu. Choć nie do końca, bo jednak rodzice nie znali poprawnej polszczyzny. Niektóre rodziny szczególnie przykładały do tego wagę. Zawsze i wszędzie rozmawiali po polsku. Językiem urzędniczym był jednak rosyjski.

Szybko opanowaliśmy rosyjski. Musieliśmy się przystosować, bo był wszędzie.

A jak polski odbierali nauczyciele? Czy zwracali się do was czasem po polsku?
Nie, nie. Nie pozwalali rozmawiać po polsku. Rozmowa miała być prowadzona po rosyjsku, z wyjątkiem innych języków – ci mówili w języku, którego uczyli. Czasem rosyjski mieszał nam się z białoruskim. Mieszały się litery, wymowa, układ zdania. Poza tym problemów nie było. Szybko opanowaliśmy rosyjski. Musieliśmy się przystosować, bo był wszędzie.

Czyli w sklepie też trzeba było rozmawiać po rosyjsku?
Tak, ale ona była w porządku. Rozumiała nasz własny, prosty język. To był taki język białoruski, ale jeszcze bardziej prosty. Od dziada pradziada był on na naszym terenie. Niektóre słowa były dla obcych niezrozumiałe.

Ciężko było psuć ten nastrój pytaniami o to, co wielu z was pewnie interesuje najbardziej – czas wojny. Dlatego w tym miejscu zakończymy pierwszą, szczęśliwą część – na szkole, zabawach i muzyce, a także pięknej wsi pełnej drzew owocowych. Dalsza część – już niebawem.

A powiedz mi, co pamiętasz z czasu, gdy dotarła do was wojna. Co się zmieniło?

Jeżeli napad na ZSRR był w ‘41, to miałem wtedy 4 lata. To, co pamiętam z czasów wojny… to tylko fragmenty. Pierwszy, to gdy staliśmy na podwórku z mamą, a na drewnianym wozie siedzieli mężczyźni. Wtedy jedna z kobiet powiedziała, że wiozą ich na front. Drugi moment, to gdy już Niemcy przyszli. W naszym domu był sztab. Nas wysiedlili, kazali starszym ludziom wykopać ziemiankę, schron taki, w którym żyliśmy całymi rodzinami. Wiele nas tam było. Po wodę trzeba było do studni biegać. Czasem Niemcy nie pozwalali… Na szczęście obok była rzeka.

Brakowało nam wtedy wszystkiego. Na przykład mydła. Rodzice wysyłali nas do tego sztabu w naszym domu, by prosić Niemców o mydło. Najczęściej wyganiali nas. (śmiech) Wtedy wpadliśmy na taki pomysł – dowódca zawsze mył się przed domem, a podwładny polewał go wodą. I czekaliśmy – albo zostawi nam to mydło, albo korzystając z okazji kradliśmy. (śmiech) Czasem nam się udawało. Uciekaliśmy do schronu. Tam żołnierze nie chcieli wchodzić. Bali się wszy.

Pamiętam jednak taki jeden moment… Zawołał mnie kiedyś Niemiec stojący przy ciężarówce i kazał zdjąć czapkę. Nasypał w nią do pełna cukierków czekoladowych i wskazał na schron, bym uciekał. To pamiętam do dziś.

Kiedyś Niemcy prowadzili młodą kobietę przez całą wieś. Na szyi miała tablicę z napisem partyzant. We wsi mówili, że na końcu ulicy rozstrzelali ją.

Pamiętam jeszcze, jak ojciec wziął mnie i mojego starszego brata – Mietka – do sąsiedniej wioski, bo tam nie było frontu, ani Niemców ani Ruskich tam nie było. Mieszkał tam rodzony brat ojca, Michał. Po drodze przechodziliśmy obok majątku Hubelta. Nadleciały wtedy samoloty. Zaczęło się bombardowanie. Ojciec chwycił nas obu, zaciągnął pod drzewo i zakrył własnym ciałem.

Majątek palił się długo. To był najstraszniejszy moment, jaki pamiętam. Taki… moment…

Tu zamyślił się, znów nerwowo bębniąc w blat. Rejestrator podskakiwał, wyłapał wszystko. Ale nie czułem się na tyle odważny, by mu przerwać, wytrącić z tego stanu. W końcu jednak zadałem kolejne pytanie. Uśmiechnął się, choć przywołane wspomnienia nie należały do najradośniejszych.

Po wojnie nie było rozmów o tym w szkole. Nie wolno było rozmawiać.

Jeden tylko fragment pamiętam. Moja mama gotowała dla nich w wielkim saganie obiad. Zwykłe ziemniaki. Oni dawali jej słoninę do tych ziemniaków, by przesmażyła. W zamian dawali nam swoją wojskową zupę. Pamiętam, że była smaczna.

Kiedyś żołnierz rosyjski wszedł do ogrodu, otworzył szafę, a w niej stał wielki dzban mleka. Napił się i rzucił tym dzbanem. Nie wiem, dlaczego to zrobił, ale utkwiło mi to w pamięci. Mama wolała nie reagować. Baliśmy się, bo byli nieprzewidywalni.

Gdy z kolei przyszli Niemcy, ludzie uciekali, kryli się. Zarówno od Niemców jak i Ruskich. Jedni wywozili na roboty, drudzy zabierali na front. Zarówno córka i syn naszego sąsiada byli uwięzieni. Ale wrócili z Niemiec. Przeżyli. Wielu jednak nie wróciło – albo zginęli, albo udało im się tam życie i zostali.

Gdy weszli Rosjanie i pogonili Niemców, nie mówili, co prawda, że to koniec, ale starsi czuli, że niedługo się skończy. Jak już Ruscy poszli naprzód, życie wróciło do normy. Choć nie było jak dawniej. Wokół grasowały bandy, które rabowały gospodarstwa. Jak się później dowiedziałem, to samo działo się w Polsce. Później zaczęto organizować kołchozy. Kułaków, czyli tych, którzy posiadali dużo ziemi, zabierano jako pierwszych, wywożąc na białe niedźwiedzie lub do Kazachstanu. Wszędzie tam, gdzie potrzebna była darmowa siła robocza. Pamiętam sąsiada mojego dziadka – zabrali go, a po dwóch tygodniach przyszła wiadomość, że zmarł. Podali, że zachorował, ale nie wszyscy w to wierzyli. Wielu młodych ludzi też zabrano. Niewielu wróciło. Brat mojej ciotki wrócił i opowiadał. 15 lat tam żył. Był podejrzany o partyzantkę. Szczęśliwie wrócił, choć długo nie pożył. Ciężko się tam rozchorował.

Po wojnie nie było rozmów o tym w szkole. Nie wolno było rozmawiać. Wśród starszych ludzi rozmawiano o Katyniu. Mój stryjek służył w ułanach w Augustowie. Mówił, szczególnie przy Wigilii, ilu oficerów zginęło. Nigdy jednak nie mówił o tym głośno i nas też o to prosił. To był zakazany temat.

A co mówili wtedy nauczyciele o wojnie?
Oskarżano tylko Niemców. To oni mieli być wyłączną przyczyną wszystkich śmierci naszych bliskich. Pamiętam dzień, gdy zmarł Stalin. Nauczycielka płakała i nam kazała płakać. Nikt jednak tego nie robił. Powiedziała nam wtedy, że trzeba żałować, bo to był nasz wódz, a wokół są tylko nasi wrogowie. Niemcy, Francja, Anglia. Stany Zjednoczone. Sczególnie o tych ostatnich mówili. O zabijaniu murzynów, jak ich tam traktują.

A czy w tej propagandzie mówiono coś o Polsce?
W zasadzie to nie. W tym czasie stacjonowały tam już Ruskie wojska, więc zaprowadzali tam już swój porządek. Mówiono tylko o polskich panach, że to byli sami obszarnicy, kułaki. Mieli dużo ziemi i się na niej bogacili. Chcieli, byśmy w to wszystko wierzyli. I że będzie tam już lepiej, bo są tam Rosjanie.

A co skłoniło Cię do wyjazdu do Polski?

Ukończyłem 7 klasę i skierowano mnie do kołchozu. Płacono na koniec roku deputatem – ziemniakami i zbożem. Przeliczali nasze dniówki na ziemniaki, na zboże i potem to wszystko podliczali. Było tego stanowczo za mało. Wszystko to zjadane było przez zimę. Jeśli ktoś miał więcej niż jedną krowę – musiał oddawać je do kołchozu. Tak samo było ze świniami. Podpisano umowę o repatriacji Polaków i wszyscy jak najszybciej chcieli stamtąd uciekać.

A jak wyglądała Twoja droga do Polski?

To było bardzo… proste. Dano nam termin ostateczny. Zapakowaliśmy się do samochodu, zawieziono nas na stację. Tam wsiedliśmy do wagonów towarowych razem z bagażem. A gdy już wsiedliśmy – uzbrojeni żołnierze pilnowali, by nikt nie wysiadł. Nie słyszałem jednak, by ktoś próbował stamtąd uciec. Śpiewaliśmy na do widzenia po rosyjsku. Gdy dojechaliśmy do Polski, żołnierzy już nie było. Punkt zbiorczy był w Giżycku. Zakwaterowali nas w koszarach na 2 tygodnie. Dali nam na początek 200 zł na osobę, na przeżycie, ale stołówka była za darmo – śniadanie, obiad i kolacja.

Później kto miał rodzinę w Polsce, po tego przyjeżdżali i pomagali osiedlić się gdzieś na stałe. My nie mieliśmy… to znaczy mieliśmy… byli na wsiach, na gospodarstwach… dlatego do siebie przyjąć nas nie mogli. Pewnego dnia przyjechał kierownik PGR-u i zapytał czy chcemy z nim jechać. Mama zapytała – jak tam wygląda życie? Powiedział nam całą prawdę – dostaniemy mieszkanie, chleb, możemy hodować świnie, kurczaki, krowę. Będziemy wam płacić pieniędzmi za pracę. I to wystarczyło – mama zdecydowała, że pojedziemy. Byliśmy tam prawie 2 lata. Brat chory był na cukrzycę, nie pracował z nami – większość czasu spędzał w sanatoriach. Szczerze mówiąć… te półtora roku to dla nas były najszczęśliwsze chwile od dawna… Co sobotę były potańcówki… zżyliśmy się z tamtejszą młodzieżą. Niewiele się zarabiało – około 600 zł. Ale wystarczało, by kupić ubrania, jakiś garnitur. Mieliśmy krówkę, świnię czy dwie. Mieliśmy też kury. Kupowaliśmy właściwie tylko chleb. W PGRze też były krowy. Kto chciał, ten miał stamtąd mleko. Śmialiśmy się nieraz, że przyjechaliśmy z kołchozu do kołchozu, ale… bez porównania. Tutaj mieliśmy swoje pieniądze, pracę, do pracy mogliśmy nie pójść. A to już była namiastka wolności.

Myśmy nie marzyli. Nie zarabialiśmy dostatecznie dużo.

Brygadzista chodził od domu do domu i pytał – ilu was dzisiaj przyjdzie? O tak było. A jak była pilna robota – żniwa, wykopki, to wtedy zapraszał, prosił, by wszyscy przyszli. Taki mieliśmy obowiązek, to szliśmy. Ale wiedzieliśmy, że za to czeka nas zapłata, więc chętnie się szło. Potem przychodziła sobota i wszystkie troski na bok. Dlaczego? Bo wtedy nikt nie marzył o jakimś samochodzie wśród młodzieży. Chyba, że ktoś miał tam większą gospodarkę, to miał możliwość. Była moda na motory, wfm-ki. Myśmy nie marzyli. Nie zarabialiśmy dostatecznie dużo. Wystarczało na rower tylko. (śmiech)

A co było Twoim marzeniem?

Marzeniem było, by uciec z PGR-u do miasta. Podjąć konkretną pracę, zarabiać konkretne pieniądze. Zacząć się szkolić, uczyć. Zdobyć zawód. O tym marzyłem. Po wypadku w PGRze znienawidziłem tę robotę i wyjechałem na Śląsk. Chciałem się tam dostać do kopalni, bo słyszeliśmy, że tam najwięcej zarabiają. Pojechałem jednak w trudnym okresie – jesienią. Tak, jak później siostra powiedziała, okoliczni gospodarze idą do kopalni by zarobić przez zimę. W każdej kopalni były kolejki. Pobyłem u siostry miesiąc czasu.

Jaka to była miejscowość?
Bytom, dzielnica Karp. Szwagier pracował w kopalni. Nie mógł mi pomóc, może nie chciał – trudno powiedzieć. Pewnego dnia wyszedłem na spacer i już nie wróciłem. Miałem na bilet na jakieś cztery stacje od Bytomia. Myślałem, że jak sprawdzą teraz, to później nie sprawdzą. Ale za Warszawą znów sprawdzali. Siedziałem w korytarzu. Obudzili mnie, a ja skłamałem, że mnie okradziono. Podałem wszystkie dane, ale później nie przyszło nic. Może po prostu mnie pożałowali?

Przyjechałem, stanąłem do pracy. Wszedłem do mieszkania po cichu, mama i siostra spały w pokoju głównym. Jak [mama] mnie zobaczyła , przestraszyła się, że ktoś śpi. Poznała mnie, obudziła i rozpłakała się. Powiedziała, bym nigdzie nie uciekał więcej, że będzie lepiej, że wyjedziemy do Węgorzewa. Wróciłem do PGR-u. Pewnego razu przyjechała stryjeczna siostra z Ełku i pożałowała nas i zabrała. Sprzedaliśmy krowę, świnię ubiłem. Mięso w beczki, osolone, wszystko spakowane na wóz. I pojechaliśmy.

Jak się okazało, siostra miała tylko dwa pokoje. To nie były dobre warunki. Nasza trójka w jednym, ich czwórka w drugim pokoju.

Poczekała, aż mięso się skończyło i wtedy kazała nam się wynosić. Wynajęliśmy z mamą mieszkanie w Ełku. Później poszedłem do wojska – tam dowiedziałem się, że siostra wychodzi za mąż. Prosiłem o przepustkę na wesele, ale mnie nie puścili, bo zbliżał się wyjazd na poligon, a ja byłem wtedy już kapralem.

Przyjechałem z wojska, zacząłem starać się o mieszkanie.

Który to był rok?

To był koniec ‘62. Zacząłem starać się o mieszkanie, chodzić do prezydium. Pracowałem w żwirowni na 3 zmiany. Wysłuchano w końcu mojej prośby. Dano nam mieszkanko przy dworcu. Tak się zaczęło życie w Ełku.