kawka-szoferka-wywiad

Zapach benzyny i jazda bez celu – pasja na całe życie

Pasja przerodziła się w zawód. Młody miłośnik motoryzacji zmienił się w zawodowego kierowcę. Jak droga uczy szacunku, a prędkość nie ma znaczenia – czyli o pierwszych latach pracy za kierownicą w rozmowie z młodym kierowcą ciężarówki.

 

Siedzisz w tym kilka lat, ale kiedy tak naprawdę wszystko się zaczęło?

Pasja z samochodami? W sumie od dziecka. Można powiedzieć, że ją dziedziczyłem. Ojciec całe życie w tym siedział. Wychował się na wiosce, pomagając na roli. Zaczął od motorynek – to była stara, dobra mechanika, wszystko można było zrobić samemu. Właściwie całe życie trzymał się maszyn – naprawiał samochody, a ja mu pomagałem.

 

A twoja pierwsza maszyna?

W wieku jedenastu czy dwunastu lat za rąbanie drewna ojciec kupił mi pierwszy motorower. Zacząłem przy nim grzebać – wymiana oleju i tak dalej, a w końcu pojawił się problem. Za mało mocy. Razem z ojcem zmieniliśmy parę rzeczy, w tym cylinder, dodając trochę kopa. Tak się zaczęło – pomagałem ojcu, a teraz to on pomagał mi.

Mając własny motorower, chciałem o niego zadbać. Moja pierwsza maszyna, zarobiłem na nią fizyczną pracą. Grzebałem przy niej w każdej wolnej chwili, nauczyłem się, jak to wszystko działa. Co było w tym najlepsze? Przesiadasz się z roweru, już nie musisz zapierdalać. Wskakujesz i jedziesz. Tak dla samej frajdy. Tylko po to, by się przejechać. Nie były to długie dystanse. Może do 20 kilometrów? Na plażę, czy do kumpla – tak po staremu, bez zapowiedzi, zapukać do drzwi, wpaść na kawę.

 

Tylko po to by się przejechać?

Dokładnie. Było to dla mnie coś zajebistego, że mogę wsiąść i jechać – bez celu. Dawało to poczucie wolności. Nawet teraz, gdy czasem męczy mnie jakiś problem albo po prostu nudzę się w domu – wsiadam i jadę. Biorę auto, robię kółko wokół miasta, obwodnicą. Albo wybieram jakieś ciche miejsce w okolicy. Mnie to odstresowuje – szczególnie, gdy jadę sam. Nie mam swojego ulubionego miejsca. Bo tu nie chodzi o miejsce, tylko to by wyjść z domu i pojechać tam, gdzie masz ochotę.

Wtedy jestem tylko ja, moje auto i droga. Zapominam o całym świecie. Jest gdzieś daleko. A ja? Czuję się wolny.

 

Kiedy przesiadłeś się na cztery kółka?

Daihatsu Cuore, to było moje pierwsze auto. Wiesz, jeszcze na B1, po raz pierwszy wsiadłem do niego mając 16 lat. Takie pryszcze rejestrowano na auta dla młodych, bo prawo pozwalało jeździć dzieciakom samochodami do 550 kilogramów. Nie był to najlepszy samochód, ale często przy nim grzebałem – chociaż jakoś nie chciał się psuć. Pod szkołą robił wrażenie – mieliśmy w końcu po 16 lat, a ja już jeździłem własnym wozem. Mimo, że roboty przy nim było niewiele, lubiłem o niego dbać. Nie daje mi to spokoju, gdy z moim autem jest coś nie w porządku. Nie chcę zwalać tego na mechanika, wolę zrobić to samemu.

 

Grzebiesz i grzebiesz przy tych samochodach – a kiedy zacząłeś pracować za kółkiem?

Naprawa, dbanie o samochód – daje mi to takie poczucie satysfakcji.

Mimo to, nie wiedziałem co mam robić. W życiu, ze sobą. Poszedłem na studia z informatyki, ale to nie było to. Rzuciłem po roku. Znalazłem się w nowej sytuacji – bezrobotnego. I wiedziałem już, że brak kasy potrafi zaboleć.

Gdzieś tam zawsze w głowie to siedziało – ciężarówki. Trasy. Możliwość zrobienia uprawnień. Wiedziałem, ile to kosztuje, ale ile też można zarobić. Jednak zwlekałem.

Poszedłem do pracy na produkcję. Nie było lekko, a mimo to pieniądze też były niewielkie. Wkurwiało mnie to. Chciałem zmiany. Stwierdziłem, że skoro mój ojciec zajmuje się transportem – to może ja też spróbuję. Powiedziałem mu, że w fabryce marnuję czas, marnuję swoje życie.

Miałem możliwości i chyba jakieś predyspozycje do zostania kierowcą zawodowym. Ojciec by mnie tego nauczył, skoro sam prowadzi firmę transportową. To była szansa, której nie mogłem przepuścić.

 

fot. Brigitte Tohm/Unsplash
fot. Brigitte Tohm/Unsplash

Z ciężkiej pracy przeszedłeś… na równie ciężką? Bo nie brzmisz, jakbyś cały dzień się opierdalał?

Tak, to jest ciężkie. Mówi się, że kierowca tylko jeździ. Siedzi na dupie i nic nie robi. Ale po nawet dziesięciogodzinnej trasie – człowiek czasem ma dość. Odczuwasz to dopiero w domu, nie na parkingu. Nie pomoże kawa, klimatyzowana kabina czy krótki spacer. Stopniowo tracisz koncentrację, zmysły. Dopiero gdy wrócisz, zmęczenie cię dopada.

 

Czego dotąd nauczyła cię ta praca? Co chciałbyś przekazać innym kierowcom?

Myślę, że na polskich drogach potrzeba więcej szacunku. Do siebie wzajemnie, ale też do drogi. Wyłączyć emocje. Bo widziałem już niejedno. Rozpychają się, wymachują łapami, rzucają mięsem. Spokojnie, niczego to nie zmieni. A opanowanie to klucz do bezpiecznej jazdy.

 

Jest aż tak źle?

Ludzie nie myślą. Wyprzedzają – jadąc pod górkę lub na zakręcie. Miałem ostatnio taką sytuację – złe warunki pogodowe, ciemno. Wyprzedza mnie osobówka, dwoje ludzi. Głośna muzyka. Chyba jakiś pogryziony rudą Civic. Naprzeciwko pojawia się ciężarowy. Gdybym nie zahamował – kierowca by się nie zmieścił i mielibyśmy wypadek śmiertelny. Widzę takie rzeczy aż za często. Brak respektu do prędkości i drogi.

 

Widzisz takie rzeczy w wieku 25 lat. A mimo to, wciąż jeździsz. Myślisz, że dalej będziesz to robił?

Kiedyś też taki byłem. Byle szybciej, byle agresywniej. Mocniej. Adrenalina. Ale droga uczy, że życia nie wyprzedzisz, a zaoszczędzone piętnaście minut i tak spędzisz na kanapie. Więc po co się spieszyć?

Myślę, że wciąż będę pracował w zawodzie. Mimo wszystko. I to jeszcze przez długi czas. Bo to jest kwestia podejścia – jakim kierowcą chce się być? Może transport międzynarodowy? Do czterech tygodni nie ma mnie w domu. Jednak zarobić da się też w kraju, będąc tu, na miejscu.

 

Ja po prostu lubię jeździć i lubię tę pracę. Gdybym miał wybór, co chcę robić w życiu – ponownie wybrałbym właśnie to.